lupa

Krystian Lupa specjalnie dla Festiwalu Dialog – Wrocław i Gazety Teatralnej „Didaskalia”

„Ten spektakl, ta sfera odrzucona, druga strona księżyca, pozwala nam wedrzeć się, otworzyć się na rzeczy, których w sobie nie chcemy dostrzegać i które boimy się dostrzegać.” – mówi Krystian Lupa w rozmowie z Piotrem Olkuszem

Krystian Lupa to obecnie jeden z najważniejszych europejskich reżyserów; jego spektakle wielokrotnie oklaskiwane były przez widzów Festiwalu Dialog. Na tegorocznej edycji Krystian Lupa zaprezentuje jeden ze swoich ostatnich projektów, przygotowaną w Szwajcarii „Poczekalnię” inspirowaną powieścią Larsa Norena.

Po premierze „Poczekalni” Krystian Lupa udzielił wywiadu Piotrowi Olkuszowi. Wywiad powstał w ramach współpracy Festiwalu Dialog – Wrocław z „Gazetą Teatralną Didaskalia”. Zapraszamy do lektury wybranych fragmentów rozmowy, której całość ukaże się w październikowych „Didaskaliach”. Nowe „Didaskalia” do kupienia w miejscach Festiwalowych Dialogu.

Piotr Olkusz: Dramat Larsa Noréna Personkrets 3:1 (Krąg osób 3.1), który stał się podstawą scenariusza Salle d’attente to tekst wyjątkowy i odosobniony w twórczości szwedzkiego autora, dlatego właśnie nie chcę pytać o Noréna, ale o ten tekst – co dla Pana było w tym tekście najciekawsze: całkowicie rozsadzona forma, paradokumentalny charakter, historia ludzi wykolejonych i osamotnionych?

Krystian Lupa: Beznadziejnie szukałem tekstów teatralnych, które nie byłyby zgrabnymi utworami do zagrania, ale magmą, czymś bardziej otwartym i dziejącym się poza dialogami. Urzekło mnie czy nawet zahipnotyzowało w Personkrets 3:1 to, że Norén wszedł bardzo głęboko w specyfikę tego, co skryte gdzieś między duszą, mózgiem a językiem. Odnalazł to, co dzieje się w różnych stanach świadomości, również wtedy, gdy ta świadomość traktowana jest różnego rodzaju specyfikami – przecież mamy tu do czynienia z językiem narkomanów, alkoholików… Ten tekst rozgrywa przestrzeń osierocenia czy wyrzucenia z ludzkiej społeczności, ale i z rygorów języka. Prowadzi to do bardzo ciekawych rezultatów: do uwolnienia języka z obowiązku logiki i odpowiedzialności, do wpuszczenia go w pierwotne rewiry, w to, czym język jest dla dziecka, w sferę dialogu „ja” z pozajęzykowymi kreacjami jaźni. Mamy do czynienia z językowym przelewaniem się treści z głowy do głowy. Niektóre słowa czy motywy zaczynają wykraczać poza sferę komunikacji, informacyjnych i logicznych rygorów dialogu. Dochodzi do kreacji niewyobrażalnych, do – w gruncie rzeczy – seansów spirytystycznych.

Narzucenie rygoru dialogu ukazałoby tych ludzi w stanie poza seansem spirytystycznym? Poza dialogiem z irracjonalnością i niewyrażalnością? Odziani w zgrabną strukturę języka niekoniecznie ukazaliby się nam w stanie własnych pożądań?

No właśnie, trudno mówić w tym wypadku o stanie pożądań czy też stanie pożądanym bądź niepożądanym. Bardzo trudno powiedzieć, czemu ludzie się upijają czy biorą narkotyki. Ten irracjonalny pęd, imperatyw posługuje się przemożnymi, choć niewyrażalnymi – archetypowymi – obrazami szczęścia, zaś u jego korzeni tkwi pragnienie uwolnienia się od tych rygorów, w których ludzkie „ja” nie jest szczęśliwe – w które ludzkie „ja” zostało wmanewrowane przez społeczność i społeczne mechanizmy, w tym także mechanizmy języka.

I dlatego, podświadomie, to ludzkie „ja” ze sfery uwięzienia kieruje się w sferę wykluczenia?

To „ja” zostało uwięzione, zdeformowane czy pozbawione pierwotnego cudu i właśnie pragnienie pierwotnego cudu skłania człowieka do wkraczania w tę sferę przeżyć. To, że efekt jest różny od powodów, dla których człowiek to robi, to już inna sprawa. Wydaje mi się, że Norénowi udało się ukazać ten proces w oderwaniu od czegoś, co nazwalibyśmy społeczną diagnozą – pokazuje te rejony bez pedagogizmu czy moralizmu. Nie ma tu perspektywy człowieka z zewnątrz, po stronie społeczeństwa – po tej właściwej stronie. Nie ma w jego dramacie czegoś, co nazwalibyśmy „perspektywą obowiązującą” – może dlatego, że Norén, pisząc ten tekst, korzystał z własnego doświadczenia, bolesnego i bogatego pod tym względem.

Nie ma ani prezentacji, ani krytyki, ani afirmacji tego stanu…

Ani ilustracji, ani napiętnowania zagrożeń. Cały czas, lunatycznie, autor błąka się po tym, czego człowiek chciałby tknąć i czego nie jest w stanie tknąć. W czym się gubi i błądzi. Może dla „człowieka normalnego i uporządkowanego” powinno być to próbą nawiązania komunikacji: nie po to, aby ruszyć z pomocą, ale aby uświadomić sobie, do jakiego stopnia nasze „ja” jest zablokowane. Z jednej strony, znamy przypadki zrywania tej blokady – całkowicie zresztą nieodpowiedzialne; z drugiej zaś strony, tkwiąc w tej blokadzie, narażamy się na niezrozumienie nie tylko tych, co po tamtej stronie, ale także siebie samych. Ten spektakl, ta sfera odrzucona, druga strona księżyca, pozwala nam wedrzeć się, otworzyć się na rzeczy, których w sobie nie chcemy dostrzegać i które boimy się dostrzegać.